sobota, 4 czerwca 2011

soffitti e fontane di Roma

Możecie potraktować niniejszego posta jako zapowiedź mojego come backu. Złożyłam już licencjat - kosztował mnie wiele sił i jeszcze więcej nerw, ale nareszcie mogę bez poczucia winy sięgać po aparat. Zamierzam korzystać z tej możliwości najczęściej, jak to możliwe. Liczę, że już w pod koniec przyszłego tygodnia będę mogła zrobić miłą niespodziankę pewnej młodej damie :) Tymczasem - prezentuję Wam pamiątki z mojego majowego pobytu w Rzymie. Jakoś tym razem nie mogłam się skupić na robieniu zdjęć, zbyt dużo się działo, odbywało zbyt wiele ciekawych rozmów. Ale kilka fotografii jednak pozostanie - prócz tych osobistych, będą to głównie fotografie sufitów. Bo takich sufitów jak w Rzymie, tom jeszcze nie widziała.

Serdecznie dziękuję Oli za gościnę oraz życzę jej wiele wytrwałości w pokonywaniu codziennych trudności i wiele deszczu, żeby nie była taka cudownie opalona :P




kopuła w bazylice św. Piotra


Zastanawiam się, w jakim stylu są te konsole. Zdobienie każdej w inny motyw kwiatowy byłoby charakterystyczne dla średniowiecza, ale jakoś nie mogę się przekonać do nazwania ich romańskimi albo gotyckimi. Może ktoś wie? Chętnie się dowiem:)
Watykan, w drodze do Kaplicy Sykstyńskiej, czyli wielkiego niebieskiego pudełka.






Sufit jednej z ostatnich galerii przed Kaplicą Sykstyńską.














Fontanna przed Santa Maria in Trastevere










Santa Maria della Vittoria. Poszłam tam, by zobaczyć "barokowy peep-show", a jednak nie on mnie zachwycił, a to wnętrze tak nieprzyzwoicie przeładowane wszystkim, że absolutnie olśniewające. Dotychczas moim ulubionym kościołem był Santa Maria in Trastevere, ale z chwilą przekroczenia progu niewielkiego kościółka przy Via 20 Settembre to się zmieniło. Choć były to ostatnie chwile przed odjazdem, nagle czas się zatrzymał i zgubiłam się wśród detali niesamowitego sklepienia.



poniedziałek, 28 lutego 2011

København

Pewnie niektórzy wiedzą, że na początku lutego udało mi się odwiedzić Kopenhagę. Wszystko dzięki nieskończonej uprzejmości Marty, za którą wielce jej dziękuję :) Wyjazd był bogaty we wrażenia ekstremalne [rower zwany Ręką Kościotrupa - bez siodełka i z dwiema dętkami w jednym kole] i przyjemności kulinarne [MARTA I JEJ OBIADKI.]. Jako prawdziwe dziady z Polski posunęłyśmy się do kradzieży chleba [no dobra, to nie była taka do końca kradzież, ale gdyby była, to byłoby to piękne wspomnienie, także utrzymuję, że jednak kradzież], a jako prawdziwe fashionistki [czy jakkolwiek by to nazywać], wróciłyśmy objuczone trendy zakupami z flee marketu. Zosia, Marta i Aldona - wspaniała kompanija do oglądania inteligentnych filmów wieczorową porą :)


Luty - zatem zima w pełni. A jednak w Kopenhadze było względnie ciepło i dawało radę popylać na rowerze. A rowery i ścieżki rowerowe tam są wszędzie. I strasznie kopenhażanom tego zazdroszczę - gdyby w Warszawie wydzielili pasy dla rowerów, to - mimo moich 10km do szkoły - sama wsiadłabym na jednośladowego mustanga i w ten sposób docierałabym do szkoły. Czas dojazdu byłby taki sam.




Pomnik z miejskiego cmentarza, gdzie mieszkańcy często urządzają sobie pikniki.


Oprócz tego, że kopenhażanie ucztują latem na cmentarzach, to jeszcze starają się, by nagrobki były zabawne. W większości umieszczają na nich obrazki przedstawiające zawody, które wykonywali zmarli. Tutaj na pierwszym zdjęciu widać pianistę, ale z Zosią widziałyśmy też krasnoludki, nie do końca wiedziałyśmy, jak to interpretować:).
Zaś trzecie zdjęcie dedykuję Skowiemu :)




To moja kolekcja kopenhaskich drzwi. Niecała niestety, bo kilka zdjęć mam w telefonie, a zgubiłam kabelek usb. Zdziwiło mnie to, że wiele drzwi pokrytych jest graffiti. Znaczy pewnie nie jest to jakiś specjalny ewenement, ale pamiętajcie, że Wally nie zwiedził jeszcze za dużo świata i ma prawo dziwić się pierdołom. Starałam się ułożyć fotki kontrastowo, bo i kopenhaskie drzwi są kontrastowe - albo czyściutkie i wymuskane, albo zagraficone, choć i ich nie nazwałabym zasyfionymi. Mają te malunki jakiś swój miejski urok.


Aaach, tę rybę to ja bardzo lubię. Z najstarszej części miasta. Wybaczcie jakość, ale robiłam na bardzo dużej czułości i aparat wariował.


Tutaj cieszymy się podczas wypychania sprężyn Ręki Kościotrupa, żeby się przyjemniej na nich jechało. Dziewczyny będą wiedziały, o co chodzi :)




Ta pani modli się pod gmachem teatru. Pięknie wyglądała, bo światło obejmowało tylko ją i budynek w oddali, żadnych latarni, a dwa kroki od niej - morze.





piątek, 24 grudnia 2010

święta w handlu i usługach

Moi Mili :)

Tegoroczna edycja miała być bardziej różnorodna i szokująca niż ta z zeszłego roku - niestety, zabrakło czasu na dłuższe spacery po mieście, pstryknełam tylko to, co stanęło mi na drodze podczas codziennych wędrówek uniwersytet - biblioteka, przepraszam :( ale obiecuję, że w niedługim czasie wkleję jeszcze jedno zdjęcie, o którym marzyłam od zeszłego roku :)

Zaczynamy!

[kliknij na zdjęcie, aby je powieskszyć]




Maison Creative przy Mokotowskiej. Prezentowałam go i w zeszłym roku, uwielbiam ich błyszczące horror vacui!


Aniołowo w okolicach Rynku Starego Miasta, chyba przy Piwnej. Absolutnie najbardziej bajkowa ze spotkanych przeze mnie witryn - z ruchomymi ludzikami, jeżdżącą ciuchcią i kulami z prószącym śniegiem.


Okorama przy Mokotowskiej [sporo będzie z Mokotowskiej]. Kto powiedział, że okulary są dla nudziarzy?


Home&More na skrzyżowaniu Mokotowskiej z... Piękną, zdaje się. Białe choinki to zło-zło, ale tutaj wyglądają zadziwiająco przyzwoicie!


Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, że połowa kwiaciarni w Warszawie tak wygląda - zaparowane szyby - choinki najwidoczniej nieźle nachuchały! Bukieciarnia także przy Mokotowskiej.


Galeria przy Placu Zamkowym. Niby prawie nic, a cieszy, zwłaszcza w ładnym kontraście.


Fryzjerów z peerelowskim dizajnem darzę szczególną sympatią. Niektórzy pewnie się domyślają, dlaczego :)


Chyba nie trzeba specjalnie komentować :) Sklep przy Krakowskim, w okolicach Placu Zamkowego.


Nie mam pojęcia, co to jest, nie mam pojęcia, czym się zajmuje, ale dostaje pierwszą nagrodę za najlepsze wejście! rue Mokotowska.


W śrubach także święta! z aniołkami. na bogato. Z uśmiechem w kąciku usteczek zapraszam - odwiedźcie śrubki przy Próżnej. Nie mogłam sobie odmówić urokliwej rameczki :)


Kolejna bajkowa wystawa - tym razem ze sklepu z suwenirami i [chyba] rękodziełem. Freta 13/15.


Księgarnia proszę państwa przy centrum kultury Civitas Christiana. Ale nie pamiętam gdzie, też na trasie Plac Trzech Krzyży - Plac Zbawiciela. Jakbym miała chrześniaka, tobym mu tam kupiła legendy szkockie, mimo tego, że zalatuje tam fanatyzmem.


Herbaty przy Nowym Świecie.


Oto jak mitologia łączy się z "chrześcijaństwem" - można? można :) Już w zeszłym roku chciałam upolować pana Hefajstosa, ale wtedy odbicia w szybie były zbyt mocne. Tak w ramach reklamy - tamtejszy właściciel robi z metalem niewiarygodne rzeczy.

a na koniec cóż - króciutkie życzenia:

niedziela, 12 grudnia 2010

druga edycja "świątecznych witryn"

Elo :-)

tak jak w zeszłym roku, spacerować będę po Warszawie, żeby znaleźć najładniejsze i najoryginalniejsze świąteczne witryny sklepowe. Tym razem - dzięki uprzejmości Pani Rektor i Pana Dziekana, którzy raczyli wypłacić stypendia - będę to robić z antyrefleksem, więc będą trochę lepszej jakości niż te zeszłoroczne :)

Publikacja - 24 grudnia.

Pozdrawiam ciepło i zakatarzenie
(napisałam najpierw "katarsko", ale to by chyba znaczyło coś innego ;D)
Aldo

poniedziałek, 1 listopada 2010

Urodziny bloga!



Hekhem, hem, hem.


Swoje pierwsze zdjęcie zrobiłam, gdy miałam cztery lata i byliśmy z rodzicami w Krakowie. Miałam hełmik na głowie, zieloną kurteczkę i ząbki jak gwiazdki. Nie pamiętam, gdzie rodzice stali, pamiętam, że był za nimi jakiś brązowy mur, oświetlony jesiennym słońcem. Mama miała na sobie lilowy sweter i loki spięte spinką na zatrzask. Cały wyjazd to ona robiła zdjęcia, w końcu chciała mieć jakieś z tatą, więc, pełna obaw, dała mi Zenita i powiedziała coś w stylu: "trzymaj mocno obiema rączkami, ja stanę koło taty, ty spojrzysz w to okienko, zrób tak, żebyśmy byli w środku, i tu naciśniesz". Błaaaaaagam, mamo, widziałam to milion razy. [trzymałam mocno Zenita i w końcu spojrzałam w okienko] Ale dziwnie. Rodzice mają być w środku. [celujemy. wystawiłam koniuszek języka] A w życiu, ładniej jest, jak są po lewej!

I tak mi zostało, po jednej stronie coś, po drugiej stronie nic. Uświadomiłam to sobie jakieś pół roku temu. Przez bloga. Blog jest pretekstem do ciągłego wertowania zdjęć, poprawiania ich i zapamiętywania błędów.


Hi, hi, teraz życzę sobie sama:
żeby w komentarzach jak najczęściej toczyła się krytyczna dyskusja, bym wiedziała, co poprawić. Jesteście moim, w zasadzie jedynym, źródłem nauki, na przykład stwierdzenie Karoli, że powinnam ustawiać ostrość i to uważać na co ją ustawiam - banalne - a dla mnie stało się kamieniem milowym :P
żebym nie wpadałam już w popłoch, gdy nie mogę czegoś ustawić. By moje modelki nie musiały już marznąć [przepraszam Oleńka:(], moknąć [przepraszam, Pasqui:(], czekać [przepraszam WSZYSTKICH:(].
żeby też żadna modelka nie powiedziała mi więcej: "no dobra, to teraz ustaw mnie jak chcesz, ja nie mam żadnego pomysłu" - wtedy jest game over. ja jestem człowiekiem dialogu, do twórczej pracy potrzebuję partnera, mogę w Was ująć tylko to, co mi pokażecie!
żeby noce były dłuższe, bo ja mogę pracować tylko w nocy, a potem nie dosypiam :( żeby się i spanko zmieściło, i pracowanko.
i żeby blogspot sam wiedział, jaki rozmiar chcę obrazka. Żebym nie musiała sprawdzać tych robaczków :(
a przede wszystkim: żebym nadal mogła udowadniać Wam wszystkim, że jesteście piękne, i to obojętnie jak bardzo nie pasujecie do idiotycznych kanonów nakładanych na nas przez świat. Po cichu też sobie życzę, by ktoś udowodnił to samo mnie - tylko raz, ale za to na zawsze.

Przy wyborze fotografii do dzisiejszego posta w ogóle nie kierowałam się jakością. Niektóre z nich zdjęć mają dla mnie Barthesowskie punktum, inne - nie. Wszystkie lubię, żadnego z nich nie chciałam publikować, bo COŚ.

Zapraszam do krótkiego podsumowania roku :)
[Prawie każde zdjęcie można powiększyć, przez kliknięcie rzecz jasna :)]








Po lewej portret mojego rękodzieła, po prawej - kieliszek wina z samotnych dwudziestych urodzin, znaczy zanim przestały być samotne.


Babci już wycięli ten nowotwór, proszę się nie martwić.













kiedy widzę tę fotografię, uśmiecham się z dumą - dumą za siebie i dumą za Olgę.



Słuchajcie, byłabym ostatnim kłamcą, gdybym udawała, że Nikoś nie służy mi do pykania foci z rąsi. Jestem tak samo próżna jak każda dziewczyna. Prawdziwy jest kawał o tym, że lustrzankę ciężko utrzymać w jednej dłoni, dlatego w self-fociach partneruje mi lustro (tu wycięte, bo jakoś się nie komponowało. Znaczy moje jest wycięte. To ładne to Matyldy).




Na koniec dziękuję wszystkim moim modelkom (i modelom): Kasi, Marcie, Claire, Oldze, Oli, Pasqui, Agacie, Śvistakom i mojemu najkochańszemu braciszkowi. Za wszystko, a najbardziej za cierpliwość!

PS dla wszystkich:
Zdążę obfocić wszytkie z Was, nie zamierzam zawieszać działalności :)
I Tosię też, Pasqui, przekaż jej proszę ;)